_

_

poniedziałek, 21 lutego 2011

pogo

Może to pewien rodzaj hipokryzji, ale kocham koncerty - nie kochając pogo.
Lubię tak sobie być gdzieś obok, nie pchając się w pląsające pod sceną oko cyklonu. Nie rajcuje mnie "zapach" ludzkiej ciżby i obrażenia na miarę tych wojennych. Dlatego uwielbiam koncerty na otwartych przestrzeniach, kiedy mogę zająć pozycję z dala od piszczących fanek, lub takie jak ten ostatni w Parlamencie. Klub ten ma jedną ważną dla mnie zaletę, że można być w sercu imprezy ale ponad falującym tłumem. Galeria na drugim poziomie, widok z perspektywy boga. Nikt nie może mnie dotknąć, bo też nie ma na obiekcie nikogo kogo bliskości bym chciała. Swoista nirvana. Idealne rozplanowanie dźwięku dookoła głowy, zimny alkohol w ręku i pasja płynąca z dołu. Bo nic nie zastąpi widoku podatnego na każdy dźwięk dywanu głów. I nic nie jest bardziej autentyczne niż kamienna zwykle twarz basisty rozjaśniona radością na jeden krótki moment kiedy tłum u jego stóp już po pierwszych dźwiękach, czysto i głośno wspomaga wokalistę.
Ten wyraz radości - jasna, zlana potem twarz znalazła się u mnie w ścisłej czołówce pozytywnych doznań ostatnich lat. pure joy.

* * * * * * * * * * * *

A swoją drogą, skoro już mowa o koncercie
to na zimową chandrę polecam: happysad - mów mi dobrze

"mów mi dobrze, dobrze mi mów,
łaskocz czule warkoczem ciepłych słów..."

1 komentarz:

  1. Interesujący blog. Ładna szata graficzna. No i Taj Mahal piękny. ;D

    OdpowiedzUsuń