_

_

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

20 lat wstecz

I znowu nie będzie o żałobie. Tzn będzie, ale tylko pośrednio.
Kraj pogrążony w smutku cofnął mnie dziś o jakieś 20 lat wstecz, do lat których nawet nie pamiętam. Wstałam rano po innej stronie lustra, poczułam się jak w starym filmie. Świeciło słońce jak ze starej pocztówki, a przez otwarte okno punktualnie w południe wtargnęły syreny alarmowe. Syreny z okolicznych budynków które dziś ogłosiły 2 minuty ciszy, były instalowane podczas socjalistycznego boom'u na blokowiska. Tyle że przeznaczenie miały trochę inne, aby szczęśliwe, młode rodziny robotnicze ostrzegać przed  nalotami bombowymi.
No i na 2 minuty naprawdę nastała cisza wydzierająca  się rykiem alarmu. Udał im się oksymoron na miarę  nowomowy Orwell'a. Ulice były przez moment spokojne tak bardzo że oczekiwać by można bryczki konnej która zaraz przejedzie niespiesznie środkowym pasem. Wszystkie stacje radiowe i telewizyjne nadawały właściwie to samo, jak za starych dobrych czasów kiedy były tylko 2 kanały.
Na pobliskich blokach, szafach, pomyłkach architektury czy jakkolwiek to zwał łopotały proporce IV RP w ilościach niepoliczalnych wręcz. Podniosły widok rodem z marszów majowych.
 Na swej drodze do Gdyni napotkałam masę malowniczych starszych małżeństw żywcem wyjętych ze starego zdjęcia. Wszyscy odziani w  najlepsze kościółkowe stroje, w końcu to niedziela na dodatek celebrowana na smutno. A nasz naród lubi się przecież umartwiać. Jako że moja stacja docelowa znajdowała się we wspomnianej Gdyni to siłą rzeczy chora wyobraźnia dorobiła resztę scenografii. Przecież architektura tego miasta jak żadna inna nadaje się do kręcenia filmów o latach wstecznych. Zanim wróciłam do domu w starym, straszącym ludzi budynku dworca minęłam jeszcze piękną, pudrową panią w gołębim prochowcu i kapelusiku, która przysięgam że wyglądała jak moja babcia w młodości.
Mimo tego, że te lata które wspominałam ani mi nie są bliskie, ani warte wspominania ze względu na walory estetyczne, to poczułam że złożyłam w całość te wszystkie historyczno-bajarskie okruchy które mi wpajano od małości. Że ogarnęłam to po swojemu i mogę teraz spokojnie zamknąć szufladkę z pocztówkami.

Szkoda tylko że potrzebowałam do tego żałoby narodowej...

sobota, 10 kwietnia 2010

wieczór z rękodziełem

Myli się ten kto myśli że dzisiejsza notka będzie o żałobie narodowej. Stała się tragedia, ale dość o niej tłucze nam się po głowach we wszelkich mediach, nie pozostawiając miejsca na prawdziwą kontemplację... ja to miejsce zostawię, niech każdy przeżyje tą tragedię narodową na swój sposób, bo na smutek nie ma innej recepty.

Chciałam tylko powiedzieć że dziś magiczny dzień. I zrozumie mnie każdy kto ma w sobie jeszcze choć trochę dziecka.
Jestem nałogowcem jeśli chodzi o świeczki. No i stała się dziś rzecz niebywała, zapas tealight'ów  się skończył. Wiedziałam że mam gdzieś jeszcze schowane kilka sztuk, kwestią czasu było więc ich odnalezienie w czeluściach ikeo'skich pudeł. Oczywiście - znalazłam, ale coś tknęło mnie żeby ściągnąć z szafy również pudło schowane z tyłu, którego zawartości w ogóle nie mogłam sobie przypomnieć.
Znalezisko okazało się skrzynią skarbów: mieszka tam sobie miś który ma ze 30 lat, ponieważ dostałam go jako dziecko od babci jako już lekko doświadczonego przez los (ubierałam go zawsze w sukienki lalek, ciekawe co na to dzisiejsi psychodoktorzy). 2 misie równie wiekowe co ja, moje ukochane zabawki z dzieciństwa. Jest tu także kolekcja misiów Me 2 U które swego czasu dostawałam od bliskich mi osób... bliskości stały się już dalekie, misie trochę wyblakły, ale nadal budzą ciepłe wspomnienia.
Żeby nie było nudno i tylko o pluszu: są też i inne rarytasy. indeks z poprzednich studiów, symbol niespełnionych ambicji i porzuconej pasji. Woreczek pełen bursztynów własnoręcznie zbieranych na samotnych spacerach. Piękny drewniany, skromny różaniec od najczystszej chrześcijanki jaką znałam, oraz brzydki, przesłodzony, perłowy różaniec komunijny...symbol sprzedajnego katolicyzmu. Są zgrane talie kart, mikro książeczki ze złotymi myślami Puchatka, jest i kawałek łupiny kokosa z wydrążoną dziurką. Jest drewniany aniołek - wspomnienie pięknych wakacji w górach i mały brzydki "niewiadomoco-minimiś" budzący we mnie ochotę do płaczu swoją rozpaczliwą, smutną brzydotą. Jest bransoletka własnoręcznie nawleczona na druciki przez przyjaciółkę, są i wytwory młodszej siostrzyczki które można by uszeregować wg daty powstania kierując się coraz większą precyzją wykonania, coraz to większych rąk. Jest i mała fontanna od przyjaciela która miała mnie uspokajać w złe dni szemraniem wody. Niestety nie uspokaja ona mojego kota stąd jej obecne miejsce pobytu. Na samym dnie ze względu na ciężar leży sobie magiczna piramida w której unosi się złocisty pył, niebieskie popiersie faraona, oraz kubek z logo liceum do którego chodziłam...  Jest też osobna szkatułka pełna kartek pocztowych, listów, rysunków, wyznań i laurek z okazji bez okazji lub "okazji" pobytu w szpitalu. Słowo pisane lekko wyblakłe ale i tak rozkrzyczało się w mojej głowie falą wspomnień których nie da żaden sms.
Wyciągnęłam te wszystkie sentymento-graty, zapaliłam świeczki, kominek zapachowy uzupełniłam znalezionym olejkiem o zapachu Mirry i tonę w swojej głowie. Cieszę się że to znalezisko pełne jest dobrych wspomnień które na codzień zacierają się przez ciężary "bytu". Cieszę się też że tak wiele z nich pochodzi od bliskich mi ludzi. Część z nich wytrwała przy mnie do dzisiaj. Może jestem sentymentalną babą, ale nie wyrzucę tych rzeczy dopóki moja pamięć nie zamieni się w sito. Jeśli to czytasz i znajdujesz siebie to znaczy że jesteś dla mnie naprawdę ważną osobą. Dziękuję wam kochani:*

Czy Ty człowieku też masz taką skrzynię skarbów? Ile z zamkniętych w niej osób jeszcze przy Tobie trwa?