_

_

wtorek, 9 grudnia 2014

Time travellers

Taki truizm z okazji powrotu: Proces samo rozkładu człowieka jest nieuchronny... 
Oczywiście o ile nie mamy szczęścia i nie umrzemy szybką i sprawną śmiercią w fazie życia jeszcze poprzedzającej rozkład, władzę nad nami powoli przejmują dwie siły występujące w różnych proporcjach. Szala przechyla się a to na jedną, a to na drugą stronę, a na ten rozkład sił mamy w gruncie rzeczy taki wpływ jak na wyniki losowania o visy do USA. 

Pierwsza z nich pozostawia nasz układ nerwowy w spokoju, ewentualnie pogłaszcze go lekką wadą wzroku, pozbawi odpowiedniej ostrości dźwięku. Jednak myśli są wciąż jasne i klarowne, zdobywana przez całe życie wiedza służy kolejnym pokoleniom, a zasób słownictwa zastąpiłby niejednemu gimnazjaliście całą półkę słowników. 
Niestety nie ma nic za darmo... współpracy odmawiają stawy, kości stają się kruche, żyły cienkie, a serce słabe. Każdy nieostrożny krok zaczyna być w pewnym stopniu zagrożeniem, a myśli wyprzedzają kroki o całe lata świetlne. Ustrój wstydliwie odmawia posłuszeństwa, traci się godność, zostaje ona w pampersie. 
Człowiek umiera sfrustrowany, uwięziony w zużytym człowieku.

Druga opcja osadza się podstępnie na umyśle. Wciąż dziarskim krokom zaczyna towarzyszyć równie dziarskie zawracanie, bo zapomniałam po co poszłam, bo pan Hilary, bo żelazko na gazie… Zaczyna się niewinnie, od uciekających słów, od bezradności wobec galopującego czasu. Wciąż ma się siłę gonić tramwaj, przytachać buraki na przetwory, przynieść ziemniaki z piwnicy...ale nagle zapomina się przepisu na ćwikłę, myli imiona wnuków, potem własnych dzieci. Obsługa pilota od telewizora staje się zbyt skomplikowana, a klucze zaczynają się złośliwie chować. Szczęście, jeśli czajnik ma gwizdek, bo staje się śmiercionośnym narzędziem samozagłady. Ciało wciąż posłuszne traci autorytet umysłu, folguje sobie za szybkim krokiem po schodach, za małą porcją obiadu, za krótkim snem. 
Źle poskładane klepki z demobilu pod całkiem jeszcze sprawną maską bez rdzy.

Tak sobie myślę, co ja bym wybrała gdybym miała choć cień wpływu… a ty?

P.S. Inspiracją do wpisu była wizyta u babci... która wciąż wiesza sama firanki z drabiny... 




niedziela, 28 sierpnia 2011

słaby punkt

Każdy ma jakiś swój wewnętrzny dramat, który jest trudny do wyartykułowania nawet we własnym zakresie, więc nie dzieli się nim z nikim.
Są takie sprawy o których nie myślisz przed zaśnięciem, ani zaraz po przebudzeniu. Zepchnięte przez psychikę na samo dno czaszki ujawniają się tylko czasem we śnie, znienacka atakując bezbronny organizm.
Najlepszy przyjaciel który widząc rozpacz na twojej twarzy sądzi że właśnie o tym myślisz - jest w błędzie. Ten fantom bólu w oczach to już zaledwie wspomnienie o tym co poczułeś wcześniej.
Proste codzienne czynności wcale nie są trudno, łzy nie cisną się do oczu, a jesienne liście nie kołują dramatycznie nad pasem lądowiska jakim jest płynąca rzeka czasu. To uczucie nie ma nic wspólnego z niczym co świadomie potrafimy nazwać.
"To" dopada bez względu na wiek, IQ i status społeczny. Tkwi w którejś małej szarej komóreczce boleśnie jak zwyrodnienie stawów, nie jest wcale cierniem który przecież ostatecznie można by wyjąć, ale nagłym reumatycznym bólem powracającym w niepogodny dzień. I nic nie poradzisz człowieku...

wtorek, 19 lipca 2011

Wczoraj podczas czytania w drodze do domu odkryłam tekst który idealnie obrazuje bzdurność wszystkich podziałów religijnych, ponieważ... no właśnie - jest jak jest :)
 * * *
"-(...) Jak inaczej miałbym ci to wyjaśnić? Muszę używać słów z twojej religii, żeby ci wyjaśnić swoją.
-A po co wogóle masz mi ją wyjaśniać?
-Po prostu posłuchaj dobra? To fajna historia. Kryszna uciekł królowi, który chciał go zabić. To dziecko miało wielką moc.
-Przecież to historia o Mojżeszu.
-Wiesz, nie pamiętam historii o Mojżeszu, ale wiem że ta nie jest zmyślona.
Cody zaczyna mi opowiadać historię o Mojżeszu, o tym, jak mały Mojżesz przetrwał gniew Ramzesa (...) Cały czas się uśmiecham.
-Co się tak cieszysz? - pyta Cody.
-Cody, hinduizm jest znacznie starszy od chrześcijaństwa. My wpadliśmy na to pierwsi. To Biblia zerżnęła od hindusów.
-Wcale nie! Nie masz pojęcia o czym gadasz. Zresztą co ty opowiadasz? Węże? Demony? Oszołomy z niebieską skórą? Brzmi jak jakaś kreskówka.
-Ale facet, który chodzi po wodzie, a potem przemienia ją w win, uzdrawia ślepych i umiera tylko po to, by wrócić do życia, jest wiarygodny? To brzmi jak odcinek Kapitana Planety."
( Błękitny chłopiec - Rakesh Satyal )
* * *
Pół strony tekstu obrazuje całe moje rozdarcie pomiędzy katol'ską religią którą narzuca mi kultura mojego kraju, religią fascynującą przez swój koloryt i egzotykę jaką jest hinduizm, oraz tym co podsuwa mi rozum - ateizmem. Czy nie jest tak że prawda leży gdzieś po środku? Ludzie muszą w coś wierzyć, czuć jakikolwiek bat nad sobą, bo jesteśmy zbyt słabi żeby sobie poradzić sami z naszym moralnym śmietnikiem. Albo może tylko się nam tak wydaje bo przecież na czymś świat ten stoi i jeszcze się nie rozpadł, mimo że nie jesteśmy w stanie dojść do tego który zabobon stoi wyżej niż cała reszta :)

Tym optymistycznym akcentem kończę swoją wypowiedź aby spowrotem zagłębić się w lekturze Błękitnego Chłopca. Swoją drogą idealna na deszczowy poranek.

wtorek, 29 marca 2011

motto na dziś i na jutro i wogóle na fjuczer:
BE STRONG, PICK UP KICKS IN THE BUTT TO FINALLY LAUNCH INTO SPACE :)

Czerwony, różowy, fioletowy, pomarańczowy, amarantowy... kolory krwi, wiosny, walki i poweru i nie - wcale nie miłości -... moje kolory na najbliższy czas :)